Artykuły:
GłowaTraktat giełdowo-filozoficzny o korzyściach płynących z podejmowania ryzyka
Czy można uniknąć ryzyka? Ryzykiem zarządzać? Zapobiec ryzyku? Ryzyko ograniczyć? Wszędzie to samo. Ryzyko i ryzyko. W świecie giełdy ryzyko odmieniane jest już przez wszystkie przypadki. Sam jestem temu trochę winien. Ja też uczę, jak zabezpieczać się przed ryzykiem, choć sam tego nie robię, ani w to nie wierzę. Skąd więc ta hipokryzja?
Większość inwestorów podpisze się pod stwierdzeniem, że to, czego chcą od rynku, to jak największy zysk, ale… nie za wszelką cenę. Celem nie jest czysty zysk, ale zysk z ograniczonym ryzykiem, a najlepiej bez ryzyka w ogóle. Tylko, że osiągnięcie zysku bez ryzyka, to jak wypracowanie mięśni bez podnoszenia ciężarów. Nierealne. Ale nie szkodzi, bo nie to jest tu istotne.
Naszym celem nie powinno być wyeliminowanie czy ograniczenie ryzyka, tylko jego zaakceptowanie i zrozumienie, że to właśnie ryzyko jest tym, co nadaje wagi naszym działaniom; że ryzyko jest barometrem tego, o co naprawdę warto zawalczyć; i że podejmowanie nieustannego ryzyka to tak naprawdę sens naszego życia.
Brzmi jak coachingowe hokus-pokus? Być może, ale to tę właśnie tezę za chwilę spróbuję udowodnić i tym samym postaram się przeciągnąć Państwa na moją stronę rozumienia ryzyka i tego, jakie korzyści płyną z jego podejmowania.
Ryzyko na giełdzie
Jest takie powiedzenie w branży zarządzania, że: “(…) if you can’t measure it you can’t manage it” przypisywane Edwardsowi Demingowi, amerykańskiemu statystykowi i guru zarządzania niezarządzalnym. Chodzi o to, że aby być w stanie czymś zarządzać, musimy to najpierw jakoś zmierzyć. Dotyczy to również ryzyka. W przeciwnym wypadku mamy zbiór subiektywnych odczuć, a nie liczbową miarę, którą możemy kontrolować i obiektywnie oceniać.
No więc mierzymy. Wśród zawodowych managerów z Wall Street mamy obsesję na punkcie porównywania danych i mierzenia wszystkiego, co tylko można zmierzyć. Nasze ulubione strony startowe to FactSet i Statista. Co wieczór w łóżkach rozświetlamy sobie twarze odbiciem ekranu Excela. Na pamięć znamy wzory wszystkich wskaźników opartych na zmienności. Wskazaniom VaR i ES ufamy bardziej niż własnemu partnerowi. Ograniczanie zmienności mamy opanowane do perfekcji. I czujemy się bezpiecznie; czujemy, że zapanowaliśmy nad ryzykiem; myślimy, że ten nasz Excel nas uratuje, kiedy przyjdzie już to paskudne słowo na K. albo nawet i na B.
Tylko jak się bliżej temu wszystkiemu przyjrzeć, to okazuje się, że to jedna wielka bujda, bo całe to zarządzanie ryzykiem działa świetnie tylko wtedy, kiedy wody są spokojne, a na rynku nie dzieje się nic nietypowego.
Nawet ten powielany od stu lat cytat z Deminga został przekręcony. To, co Deming rzeczywiście powiedział, brzmi: “It is wrong to suppose that if you can’t measure it, you can’t manage it – a costly myth.” A więc jednak coś innego.
To tylko złudzenie, że jeśli jesteśmy w stanie coś policzyć i wymodelować, to że nagle zyskujemy nad tym jakąkolwiek kontrolę. To, że potrafimy zmierzyć i określić potencjalny zakresu spadku danych akcji z prawdopodobieństwem 95%, w realnym świecie przed niczym nas nie chroni. Co nam po tej pewności w sytuacji, gdy przyjdzie tych 5% pozostałych przypadków na rynku? Czy fakt, że strata była mało prawdopodobna, w jakikolwiek sposób nas pocieszy? Sprawi, że stracone pieniądze będą mniej bolały?
Wszystkie modele zarządzania ryzykiem bazują na jakimś wariancie miary zmienności (odchylenia standardowego określanego sigmą), która z kolei bazuje na tym, jak zmienne dane akcje były w przeszłości. Dzięki temu można określić z prawdopodobieństwem 68%, 95% lub 99.7%, że coś się wydarzy lub nie wydarzy (to odpowiada zakresom jeden, dwa i trzy sigma).
Jeśli w ciągu stu dni dzienny spadek przekraczający X% na danych akcjach wydarzył się tylko pięć razy, to eksperci od zarządzania ryzykiem powiedzą nam, że te akcje są ultra bezpieczne, bo istnieje 95% szans, że taki spadek o takim zakresie się nie wydarzy w przyszłości. Od razu czujemy się spokojniej, prawda?
No ale ten komfort jest złudny, bo po pierwsze – oczekiwany spadek dalej jest spodziewany, tyle że w ciągu jedynie 5 ze 100 dni; po drugie – to, że coś nigdy nie wydarzyło się w przeszłości, nie oznacza, że nie wydarzy się także w przyszłości; a po trzecie – VaR czy ES modelują tylko znane ryzyka, a tymczasem to, co zabija nas na giełdzie, to ryzyka, o których nie wiedzieliśmy, czyli spopularyzowane przez Donalda Rumsfelda tzw. unknown unknowns.
Rzeczywistość giełdowa jest taka, że choćbyśmy zabezpieczyli sobie portfel przed ryzykiem wynoszącym i trzy sigma, czyli 0.3% (choć nikt tego nie robi, bo przez 99.7% czasu oznacza to pieniądze wyrzucone w błoto), to w dalszym ciągu jego wartość runie w przepaść, jeśli przyjdą te nieliczne przypadki, które jeszcze nigdy nie wydarzyły się w historii, takie jak pęknięcie bańki na dot-comach, krach na rynku nieruchomości, globalna pandemia, czy nawet mini-krach z kwietnia 2025 roku wywołany taryfami ogłoszonymi przez Donalda Trumpa. W takich wypadkach, bez względu na to, jak mocny jest nasz Excel od zarządzania ryzykiem, i tak stracilibyśmy pieniądze.
No ale właśnie – stracone pieniądze. Warto przy tym temacie zatrzymać się na nieco dłużej, bo czy spora zmienność w naszym portfelu, aby na pewno oznacza od razu stracone pieniądze?
Czy maksymalne wahnięcie kursu akcji w określonym dniu, tygodniu czy miesiącu, to dla nas realne ryzyko definitywnej i nieodwracalnej utraty pieniędzy? Przecież nikt nie zmusza nas do sprzedawania akcji wtedy, kiedy akurat spadły najbardziej.
Miara ponoszonego ryzyka, podobnie jak miara osiąganych zysków, z konieczności zamknięta została w ramach okresów miesięcznych czy rocznych. Inaczej nie moglibyśmy ich precyzyjnie mierzyć. Czy jednak dla długoterminowych inwestorów ma jakiekolwiek znaczenie, jakie wahania, czy jakie zyski, osiągamy w ramach pojedynczego konkretnego miesiąca, czy nawet roku kalendarzowego? Takie sztywne okresy dobrze sprawdzają się do rozliczeń podatkowych czy do celów porównawczych, np. pomiędzy wynikami różnych funduszy, ale dla inwestorów indywidualnych nie stanowią żadnej wartości.
Co z tego, że na koniec roku odnotowałem zysk 40%, jeśli w połowie stycznia roku następnego mój portfel zanurkował o 20%? Co z tego, że w 2022 roku moje akcje spadły o 40%, skoro dzisiaj są już na plusie o 300%? Co przeszła zmienność moich inwestycji mówi o poziomie realizacji celu, do którego zmierzam, na przykład w perspektywie emerytalnej? Dla “przyszłego” mnie będzie liczyło się tylko to, jaki efekt końcowy osiągnąłem z perspektywy momentu, w którym postanowię środki z giełdy wypłacić.
To samo dotyczy ryzyka walutowego, którym tak bardzo się przejmujemy. Portfel złożony z akcji amerykańskich wzrósł co prawda o 20%, ale dolar do złotówki spadł o 10%, przez co o połowę zmniejszył moje realne zyski. No ale czy na pewno “realne”?
Przecież kurs walutowy będzie miał znaczenie dopiero w momencie, w którym postanowię sprzedać wszystkie akcje, wycofam się z giełdy i dolary wymienię na złotówki. Dopiero wtedy będę wiedział, jaką realnie mam stratę lub zysk na samej transakcji walutowej. A dopóki inwestuję w horyzoncie wieloletnim, dzisiejszy kurs walutowy nie ma dla mnie żadnego znaczenia, bo on będzie zmieniał się jeszcze tysiące razy do czasu, w którym rzeczywiście postanowię wypłacić środki z giełdy i zamienić je na złotówki.
Ja sam mam natomiast przeczucie, że postanowię to zrobić wtedy, kiedy będzie to dla mnie korzystne. A dopóki korzystne nie będzie, to tego nie zrobię. Proste, prawda? Dlaczego miało by mnie stresować to, co kurs robi w międzyczasie i dlaczego miałbym chcieć się przed tym zabezpieczać?
Gdyby jeszcze to zabezpieczanie się było darmowe, to nie mielibyśmy o czym rozmawiać – każdy chciałby się zabezpieczyć przed wahaniami w trakcie, choćby po to, żeby spokojniej spać w nocy. Ale zabezpieczanie się nie jest darmowe.
Aby w pełni zabezpieczyć się na cały rok z góry przed jakimikolwiek stratami np. na indeksie S&P 500, trzeba by wydać od 10-20% wartości inwestycji (zależy od momentu zakupu zabezpieczenia). To z kolei z dużym prawdopodobieństwem zjadło by nam większą część zysku lub powiększyło ewentualną stratę. Znowu okazuje się, że w świecie finansów nie ma nic za darmo.
W przypadku inwestora długoterminowego problem wahań na giełdzie stanowi raczej problem natury psychologicznej, a nie finansowej i dlatego rozwiązanie tego problemu powinno być kompatybilne z jego przyczyną.
W takim razie, skoro nieefektywnie jest zabezpieczać się przed ryzykiem w trakcie trwania inwestycji, to może po prostu warto całkowicie unikać zbyt ryzykownych aktywów, aby problem wyeliminować organicznie?
Zanim odpowiem na to pytanie, musimy rozszerzyć spektrum rozważań na tematy pozagiełdowe, bo tak jak w inwestycjach, tak i tutaj ważny będzie kontekst.
Ryzyko poza giełdą
Życie poza giełdą wbrew pozorom nie różni się aż tak bardzo od realiów giełdowych, a w kwestii podejścia do ryzyka, nie różni się nawet wcale. Otóż zarówno na giełdzie, jak i poza nią, poziom ryzyka towarzyszący podjęciu jakiejś decyzji, stanowi często barometr tego, co ma dla nas prawdziwą wartość. I z tej perspektywy ryzyko nie powinno być czymś, czego należało by unikać, lecz czymś, co świadczy o tym, że podejmujemy właściwa decyzję.
Jeśli w danym działaniu czy decyzji nie ma ryzyka, to może je podjąć praktycznie każdy, przez co traci ona na jakimkolwiek znaczeniu. Gdyby podejmowanie ryzyka było łatwe i powszechne, to stracilibyśmy naszą przewagę nad innymi graczami w świecie zwanym życiem.
Tymczasem świat lubi konformistów, a konformiści lubią świat, w którym żyją. Tiszej jediesz, dalszej budiesz – to ich dewiza. Większość osób nie podejmuje w życiu ryzyka, bo tak jest wygodniej i bezpieczniej. Wychodzenie ze swojej strefy komfortu jest trudne, wymaga wysiłku, determinacji, konsekwencji, przełamywania ograniczeń. Wymaga odwagi, ambicji, chęci do wyjścia poza średnią. Wymaga braku zgody na przeciętność.
Większość osób natomiast nie ma odwagi, żeby zrobić coś, co wychodzi poza przyjęty kanon. Większość osób nie musi tego zresztą robić, bo większość osób zadowala się przeciętnymi rezultatami, przeciętnymi wynikami, przeciętną jakością. Większość osób uznaje, że bycie w okolicy średniej jest dla nich wystarczające, więc po co podejmować decyzje, które mogą nas co prawda z tej średniej katapultować w górę, ale – jeśli okażą się błędne – mogą nas równie dobrze zepchnąć w dół? Na wszelki wypadek lepiej nie ryzykować.
Na wszelki wypadek lepiej nie szukać nowej pracy, bo co jeśli trafię jeszcze gorzej? Na wszelki wypadek lepiej nie przeciwstawić się szefowi, nie zaproponować swojego pomysłu, nie wychodzić z inicjatywą, bo po co się wychylać. Na wszelki wypadek lepiej się nie przeprowadzać, nie zmieniać partnera, nie zmieniać zawodu, bo co, jeśli to będzie zmiana na gorsze?
Na wszelki wypadek lepiej też nie zakładać firmy, bo co, jeśli się nie uda i będzie wstyd? Lepiej siedzieć i narzekać, bo narzekanie jest bezpieczne, nie wymaga żadnej odpowiedzialności. Na wszelki wypadek lepiej nie prosić o podwyżkę, nie negocjować, nie stawiać warunków, bo co, jeśli usłyszę „nie” i okaże się, że nie jestem tak ważny, jak sobie wmawiałem?
Na wszelki wypadek lepiej nie pokazywać się publicznie: nie pisać, nie publikować, nie nagrywać, nie występować, bo co, jeśli ludzie mnie wyśmieją; co jeśli się pomylę, co jeśli wytkną mi błędy? Lepiej być wiecznie “w trakcie przygotowań”, bo w przygotowaniach nie da się przegrać.
Na wszelki wypadek lepiej nie podejmować rozmów, które mogą coś zmienić: nie powiedzieć partnerowi prawdy, nie postawić granic, nie przyznać się do swoich potrzeb, nie zakończyć relacji, która od dawna jest martwa. Lepiej nie robić porządku z ludźmi, którzy zabierają nam energię, bo to oznacza konflikt, a konflikt to ryzyko. Lepiej trwać w czymś przeciętnym, ale znanym.
Tylko że ta ostrożność też ma swoją cenę. I to jest cena, której większość nie pojmuje. Ta cena to koszt utraconych scenariuszy. Nie tych katastroficznych, których się boimy, ale tych pozytywnych. Koszt życia, którego nigdy nie sprawdziliśmy, bo woleliśmy nie ryzykować. Koszt rozmów, których nie odbyliśmy; miejsc, których nie zobaczyliśmy; projektów, które mogły zmienić nasze życie, ale nie zmieniły, bo nigdy nie wyszły poza fazę szkicu w głowie.
I najgorsze jest to, że te poniesione koszty kiedyś do nas wrócą – jako gorycz, cynizm, zazdrość i złośliwe komentarze w kierunku tych, którzy jednak spróbowali i którym się udało.
Największą porażką nie będzie to, że zaryzykowaliśmy i przegraliśmy, tylko to, że nie zaryzykowaliśmy i nigdy nie dowiedzieliśmy się, kim moglibyśmy być. Przegrana boli tylko przez chwilę, ale niewykorzystany potencjał i zmarnowane okazje bolą latami, aż w końcu budzimy się za 20-30 lat i myślimy: “Kurwa, to już?”.
Nostalgia czasów minionych
Ryzyko nie pojawiło się wraz z rozpowszechnieniem giełdy i instrumentów finansowych. Ryzyko zawsze było nieodłączną częścią naszego życia. Tylko kiedyś chyba bardziej je kultywowaliśmy, bardziej szanowali i bardziej podziwiali.
Zdaję sobie sprawę, że jak się skończyło czterdzieści lat, to powoli wszystko zaczyna wyglądać tak, jakby kiedyś było lepsze; ale naprawdę mam takie odczucie, że kiedyś podejmowaliśmy więcej ryzyka, nawet nie nazywając go ryzykiem. Ono po prostu było nieodłącznym elementem naszego dorastania, byliśmy z nim oswojeni.
Więcej rzeczy robiliśmy na żywca, spontanicznie, bez planu B, bez instrukcji, bez aplikacji, bez mapy i bez gwarancji, że to bezpieczne. I wcale nie nazywaliśmy tego odwagą ani ryzykiem. To po prostu był element dorastania. Może dlatego wytatuowałem sobie kiedyś: “Hell is my backup plan”.
Z jednej strony wszystko, co robiliśmy, po prostu musiało się udać. Porażka nie przechodziła nam przez głowę; a już na pewno możliwość jej wystąpienia nie powstrzymywała nas przed działaniem.
Z drugiej jednak strony byliśmy oswojeni z tym, że czasem coś poszło nam nie tak. Że można wrócić brudnym, z rozwalonym nosem i naruszoną dumą, i to nie był koniec świata, tylko normalny dzień. Był w tym jakiś surowy, ale uczciwy mechanizm. Próbujesz, mylisz się, uczysz się, wracasz mądrzejszy. A potem próbujesz jeszcze raz. Dzięki temu człowiek naturalnie budował w sobie odporność na chaos. Niepewność nie była dramatem, tylko tłem naszego życia. Nie wiedzieliśmy, co wydarzy się jutro, i to było do zaakceptowania.
A dzisiaj tej niepewności boimy się bardziej niż braku zasięgu w telefonie (co samo w sobie przeraża nas jeszcze bardziej niż epidemia eboli).
Weźmy dzieci. Boimy się wypuszczać je z domu na podwórko, choć kiedyś sami spędzaliśmy całe popołudnia i wieczory na ulicach, w dodatku bez telefonów komórkowych z GPS, przez które można było natychmiastowo wezwać rodziców na pomoc. I jakoś to przetrwaliśmy. Ryzyko było wpisane w nasz dzień: zgubić się, spóźnić, od rodziców dostać reprymendę, a od jakiegoś dzieciaka dostać w zęby na boisku. I co z tego? W ten sposób uczyliśmy się, jak rozwiązywać konflikty, a nie jak ich unikać. Uczyliśmy się tego, że świat nie zawsze jest przyjemny, ale to nie jest powód, żeby się od razu z niego wycofywać i rezygnować ze wszystkiego, co ryzykowne.
Dzisiaj mamy przestraszonych młodych ludzi, którzy nie potrafią sobie poradzić w prawdziwym świecie, bo całe dzieciństwo spędzili na TikToku i nie za bardzo wiedzą, jak wejść w interakcje z innymi i jak stanąć do walki z realnymi problemami. A przecież życie to ciągnące się pasmo nieustannego rozwiązywania problemów, jeden za drugim.
Sami zresztą jesteśmy temu trochę winni, bo wmówiliśmy sobie, że na innych musimy chuchać i dmuchać (tylko nie za mocno, żeby się od razu nie poprzewracali). Musimy uważać, co mówimy, żeby nie urazić niczyich uczuć, nie skrytykować poglądów, nie zaburzyć wewnętrznego poczucia tożsamości. W ogóle ludzie dzisiaj stali się jacyś bardziej wrażliwi. Nie przychodzi im do głowy, że można się poczuć niekomfortowo i nadal normalnie funkcjonować, że można doświadczyć porażki i nie robić z tego apokalipsy.
Zatraciła im się gdzieś ta naturalna warstwa ochronna. Nagle wszyscy stali się wrażliwsi niż stan równowagi panujący w reaktorze elektrowni atomowej, gdzie wszystko musi być idealnie stabilne, bo najmniejsze zaburzenie bilansu neutronów może sprawić, że cały świat rozpirzy się po tym w drobne chujki.
Efekt jest brutalny: rośnie pokolenie ludzi, którzy są świetni w znajomości swoich praw, ale cholernie słabi w ich egzekwowaniu. Mają dostęp do nieograniczonej wiedzy, ale mały kontakt z realnymi konsekwencjami jej stosowania. A potem wychodzą na ulicę, albo przychodzą na giełdę, która nie ma instrukcji obsługi, i giną. Bo zdarzenia tutaj są wypadkową wielu zmiennych, a każda decyzja niesie ze sobą jakieś ryzyko, z którym nie jesteśmy oswojeni.
Kiedyś ryzyko było częścią kultury dorastania, więc człowiek miał w sobie naturalny immunitet na niepewność. Dzisiaj na walkę na noże przychodzimy uzbrojeni w cytaty z Marka Aureliusza. Próbujemy żyć tak, jakby najlepszym życiem było życie bez ryzyka. Szczyt możliwości naszego buntu to bojkot jakiejś marki na Facebooku. I tej granicy już nie przekraczamy. Zbyt ryzykowne.
A tymczasem ryzyko jest jak szczepionka na niepewność: mała dawka kontrolowanego dyskomfortu uczy organizm, jak nie panikować, gdy przyjdzie prawdziwe zagrożenie. Przetrwają nie ci, którzy unikają kontaktu z ryzykiem, ale ci, którzy potrafią je odpowiednio dawkować i absorbować.
Tylko teraz, co to wszystko ma wspólnego z giełdą?
W stronę odwagi
Na giełdzie tak jak w życiu – im bardziej coś jest niepewne, im bardziej niewygodne, tym większy może przynieść zysk. Dlaczego? Bo tam, gdzie jest komfort i pewność, tam jest tłum. A gdzie jest tłum, tam znika jakakolwiek przewaga (o okazjach nie wspominając).
Dlatego wyeliminowanie ryzyka na giełdzie często eliminuje też tzw. upside. Ludzie chcą inwestować tak, jakby kupowali obligacje: ma być spokojnie, ma rosnąć, ma nie boleć, ma nie spadać. A potem są zdziwieni, że ich wyniki są… takie same, jak wyniki obligacji.
Na rynku w większości przypadków obowiązuje dość prosta symetria: większy potencjalny zysk zwykle wymaga przyjęcia większej niepewności. Chcesz większego zwrotu? Musisz zaakceptować większą zmienność, czyli większą rozbieżność pomiędzy tym, jak sobie wyobrażałeś rezultat, a tym, jak ten rezultat może wyglądać w rzeczywistości.
I tego ryzyka, tej niepewności właśnie, panicznie się boimy. Zwłaszcza dotyczy to młodszych i mniej doświadczonych inwestorów. A powinno być zupełnie odwrotnie.
Młody wiek ma ogromną przewagę na giełdzie, której inni nie doceniają. Po pierwsze – jeśli jesteś młody, to masz czas; a czas jest najtańszym hedgem na świecie. Mając czas możesz przetrwać krachy i bessy, bo masz tzw. “staying power”, który pozwala spokojnie poczekać na odbicie i powrót na prostą. Ktoś trzy lata przed emeryturą nie ma tego komfortu, bo jego horyzont wymusza ostrożność przy podejmowaniu decyzji.
Po drugie – młodzi boją się ryzykować, bo dzisiejsze kwoty, które wpłacają na giełdę, wydają im się fortuną. Często jest to spora porcja pierwszej wypłaty, oszczędności ze studiów, czy pierwsze poważne zarobione pieniądze z jakiegoś pobocznego projektu. Tyle że z perspektywy kolejnych dekad, te kwoty często będą wydawały im się śmieszne.
Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że z czasem wzrośnie nasza pensja, wzrosną możliwości finansowe, pojawią się kolejne okazje i że generalnie będziemy zarabiali coraz więcej, a nie coraz mniej. To, co kiedyś było dla nas fortuną, dzisiaj często jest pomijalną kwotą, którą bardzo łatwo można odrobić czy odpracować.
Po trzecie – w młodym wieku nie mamy wielu zobowiązań ani wygórowanych wymagań, więc łatwiej przesyłać na giełdę proporcjonalnie większą część wypłaty. Później przychodzi rodzina, kredyt na mieszkanie, szkoła dla dzieci, pojawiają się nowe koszty i zobowiązania, a na kolacje przestaje nam wystarczać zupka chińska za 3.50 zł. Im młodsi jesteśmy, tym więcej wydatków możemy sobie odpuścić i tym wcześniej zacząć inwestować. No ale tego nie robimy, bo giełdy się po prostu boimy.
A nawet jak robimy, to strach przed stratą staje się naszym doradcą inwestycyjnym. Zamiast zastanawiać się, jak zarobić pieniądze, zaczynamy zastanawiać się, jak nie stracić. I wtedy cała gra staje się defensywna, bo uciekamy od zmienności; wybieramy to, co już urosło; pakujemy pieniądze w bezpieczne tezy inwestycyjne i pewne spółki dywidendowe; a potem panicznie sprzedajemy akcje, kiedy tylko pojawiają się pierwsze spadki.
Prawdziwe pieniądze natomiast – te wykraczające poza średnią benchmarku – prawie zawsze leżą tam, gdzie czai się dyskomfort i ryzyko nieakceptowalne przez innych. Dlatego nie bójmy się ryzyka, tylko postarajmy się je zrozumieć i oswoić. Nauczmy się żyć z niepewnością. Z tym dyskomfortem niewiedzenia tego, co wydarzy się z naszym portfelem w przyszłym miesiącu.
Więcej odwagi, rodacy!
Koszt niepodejmowania ryzyka jest podstępny, bo nie zobaczymy go na rachunku maklerskim, ani w PIT na koniec roku. On pojawia się dopiero po latach, gdy przychodzi to ciche, choć dewastujące, odkrycie, że można było żyć lepiej i odważniej, ale zabrakło nam do tego jaj. A potem było już za późno.
Jak przestałem się bać i pokochałem ryzyko
Tylko teraz… nie chciałbym, abyśmy zaczęli mylić ryzyko z brawurą, bo ryzyko podjęte dla samego ryzyka, to nie strategia, tylko głupota. Tu nie chodzi o to, żeby zapakować wszystkie swoje oszczędności w Bitcoina, zacisnąć kciuki, krzyknąć “Ahoj przygodo!” i liczyć, że będzie dobrze. Nie będzie.
W języku angielskim funkcjonuje pojęcie “calculated risk”, które można rozumieć, jako “rozsądne ryzyko”, czyli takie, które rozumiemy i świadomie akceptujemy; takie, które niejako wpisane zostaje w koszty naszego zakładu. I podejmowanie takiego właśnie ryzyka mam na myśli.
Aczkolwiek, żeby podejmować to skalkulowane ryzyko, musimy najpierw wiedzieć, co robimy; musimy to ryzyko rozumieć i musimy być w stanie rozpoznawać poprawne zakłady, gdzie potencjalny zysk jest o wiele bardziej prawdopodobny lub o wiele większy (albo jedno i drugie) niż ryzyko, które podejmujemy.
I tu mogę podzielić się pięcioma radami, które sprawiają, że ryzyka, które ja sam nieustannie podejmuje, nie tylko dają mi spokojnie spać w nocy, ale w dodatku powodują uśmiech satysfakcji na mojej twarzy za każdym razem, kiedy o nich myślę. Oto i one.
I. Nie dopuszczam do ruiny
Nigdy nie podejmuję takich ryzyk, które mogą całkowicie wymazać mnie z planszy. Zawsze staram się, aby pojedynczy pomysł na tezę inwestycyjną, czy na biznes poza giełdą, nie spalił wszystkich moich oszczędności w przypadku, gdyby kompletnie się nie udał. Staram się tak pozycjonować swoje zakłady, aby nawet kilka (poza giełdą) lub kilkanaście (na giełdzie) wpadek pod rząd dalej pozostawiło mnie w grze. Najważniejsza zasada to nie zbankrutować, żeby nie musieć zaczynać wszystkiego od zera.
II. Szukam asymetrii
Uwielbiam takie przedsięwzięcia biznesowe czy tezy inwestycyjne, które charakteryzuje ograniczony koszt/wysiłek/downside, ale w zamian zapewniają mi nieograniczone pole do zwiększania zysków, czyli nieskończony tzw. upside. W przeciwieństwie do funduszy venture capital jestem jednak zwolennikiem stawiania mniejszej liczby zakładów, ale dobrze zbadanych i o wysokim prawdopodobieństwie powodzenia, niż rozpraszania się na mało prawdopodobne “złote strzały”.
III. Weryfikuję założenia
Mogę mieć świetny pomysł i może wydawać mi się, że wiem, co chcę zrobić, ale… zawsze nieubłaganie weryfikuję te założenia. Każda potencjalna inwestycja to dla mnie wyłącznie hipoteza, dopóki twarde dane nie udowodnią, że mam rację. Dlatego szukam potwierdzeń moich tez w liczbach, faktach, statystykach i trendach. Rewiduję te założenia co jakiś czas, żeby sprawdzić, czy dalej są aktualne. Nie boję się zmieniać zdania, jeśli nie są.
IV. Daję sobie czas
Mój horyzont musi pasować do zakładu. Jeśli nie mogę danemu pomysłowi dać tyle czasu, ile on wymaga do potwierdzania tego, czy miałem rację, to odpuszczam taki temat. Zagranie opcyjne pod wyniki wymaga często jedynie kilku dni, aby ocenić jego powodzenie. Postawienie na branżę AI będzie jednak wymagało lat niepewności, co do jego rezultatu. Trzeba być na to gotowym (lub nie wchodzić w ten zakład w ogóle).
V. Jestem kreatywny
Zawsze zadaje sobie pytanie, czy mogę osiągnąć ten sam cel, ale mniejszymi kosztami? Może do sprawdzenia danej tezy da się zastosować opcje? Może w jakiś inny sposób można ograniczyć downside, nie ograniczając upside’u? Może mógłbym skorzystać na danym trendzie/pomyśle, albo postawić na daną tezę, ale w inny, mniej ryzykowny sposób, np. poprzez skorelowane ze sobą aktywa, które są mniej zmienne niż pierwotny pomysł?
Jak sobie teraz o tym myślę, to mam wrażenie, że moja przewaga na giełdzie w dużej mierze polega na tym, że nie zamartwiam się potencjalnym ryzykiem, które może sparaliżować mój proces decyzyjny, tylko skupiam się na poprawie tych aspektów, nad którymi mam pełną, lub przynajmniej częściową, kontrolę.
W islamie jest taki znany hadis, do którego czuję sentyment. Człowiek pyta w nim Proroka, czy może zostawić wielbłąda nieprzywiązanego i po prostu zaufać opiece Boga. Odpowiedź jest krótka i bez litości: „Przywiąż go, a potem zaufaj.” I to jest strzał w dziesiątkę.
Chodzi o to, że losowi trzeba sprzyjać. Najpierw robimy to, co do nas należy: przygotowujemy środowisko, zabezpieczamy to, co można zabezpieczyć, ustawiamy zasady gry tak, aby pojedynczy zakład nie rozłożył całego planu. A potem zostawiamy resztę w rękach rynku, którego już nie kontrolujemy. Nasze przygotowanie nie wyeliminuje ryzyka, ale sprawi, że niepewność przestanie nami rządzić, a powodzenie całego planu stanie się nieco bardziej prawdopodobne.
Wiem, że takie ogólne rady mogą wydawać się mało pomocne dla kogoś, kto dopiero zaczyna swoją przygodę z giełdą, bo tu kłania się kilkanaście lat budowania know-how, edukacji i zbierania doświadczeń, które sprawiają, że zdobywamy tę pewność siebie pozwalającą potem na uduchowione cytowanie Mahometa jako rozwiązanie wszystkich problemów finansowych. Ale wiem też, że to są rady, które – z perspektywy czasu – sam chciałbym kiedyś otrzymać, aby nie musieć do nich dochodzić na wiele bolesnych sposobów zdobywając własne doświadczenie na giełdzie.
Tego doświadczenia przekazać Państwu nie mogę, ale jeśli potrzebujecie know-how i edukacji, to zapraszam na pierwsze otwarte, darmowe i niezobowiązujące spotkanie Uniwersytetu Inwestycyjnego, który startuje już 4-tego marca o 18:00. Konieczne wcześniejsze zapisy.
Link do rejestracji: Kliknij tutaj.
A dlaczego tak naprawdę stworzyłem Uniwersytet, to już temat zasługujący na zupełnie inną historię.
Skomentuj artykuł