Nazywam się Tomasz Trela,

jestem zawodowym inwestorem, przedsiębiorcą i popularyzatorem wiedzy o giełdzie.

Od ponad dekady zawodowo zarządzam funduszami inwestycyjnymi i VC, w tym New Horizons Asset Management z Luksemburga i amerykańskim Dog Eat Dog Venture Capital.

Jestem współtwórcą SCRAB-a, czyli narzędzia analitycznego opartego na algorytmach, które pomaga podejmować lepsze decyzje inwestycyjne. Prowadzę autorski Uniwersytet Inwestycyjny, z którego skorzystało już prawie tysiąc uczestników. Napisałem też książkę: „Giełda. Początek”, która stała się bestsellerem w Polsce. Swoim doświadczeniem dzielę się na blogu Trading For a Living oraz na kanale YouTube.

Jednakże… strona, na której właśnie się znajdujesz, nie jest moim wirtualnym CV ani biznesowym przedsięwzięciem, tylko personalnym zakątkiem, gdzie piszę o tym, co naprawdę mnie interesuje, głównie w świecie poza giełdą.

Czym zajmuję się na co dzień?

Zmianą pieluch, robieniem mleka i spacerami do przedszkola, bez względu na pogodę. A czym innym u licha można się zajmować mając dwójkę małych dzieci na głowie?

Mogę oczywiście opowiadać banialuki o wyimaginowanym życiu rentiera z milionami na koncie, który nic już nie musi, ale to byłaby potworna bzdura. Prawdziwe życie nie wygląda tak, jak przedstawia się to na Instagramie; bez względu na to, ile pieniędzy mamy na koncie.

W przerwach pomiędzy byciem ojcem i mężem zarządzam co prawda funduszem hedgingowym i realizuję inne komercyjne projekty, a czasem coś jeszcze napiszę, stworzę, poprowadzę, nagram czy doradzę, ale głównie żyję jednak tak samo, jak inni.

Może tylko trochę częściej latam, bo mieszkamy na zmianę w Dubaju i w Warszawie, ale często jesteśmy też we Francji i coraz częściej w USA.

Mam też chyba nieco luźniejszy kalendarz oraz większą swobodę w jego kształtowaniu, przynajmniej od kiedy nauczyłem się mówić „nie”. Pracuję mało, bo 3-4 godziny dziennie przez parę dni w tygodniu. Często robię dłuższe przerwy na podróże po świecie. Czasem zapominam sprawdzić maila albo włączyć telefon. Ostatnia przerwa w zaglądaniu do skrzynki mailowej trwała półtora roku…

Patrząc z dystansu na to, jak moje życie wygląda dzisiaj, pewnie można uznać je za jakąś formę spełnienia i modelu, który jest już tym docelowym. Trochę to zajęło, ale nie narzekam, bo dzięki różnym przygodom wiele nauczyłem się nie tylko o zarabianiu pieniędzy, ale też o świecie jako takim; o ludziach, którzy po tym świecie chodzą; i o tym, jak w tym świecie znaleźć własną drogę.

Masz pytania lub sugestie?
Skontaktuj się ze mną!

W związku z tym, że dostaję coraz więcej maili, na które coraz trudniej mi odpisywać, Twoja wiadomość najpierw trafi do mojego współpracownika, który postara się odpowiedzieć najszybciej, jak to możliwe, lub pomoże Ci skontaktować się bezpośrednio ze mną.

    Moja historia?

    Kiedy dwadzieścia lat temu przyjechałem do Warszawy na studia, mój majątek wynosił 700 zł. Tylko tyle rodzice byli w stanie przesyłać mi co miesiąc. Wylądowałem z tą fortuną na praskich Szmulkach, bo gdzie indziej można było przeżyć za taką kwotę?

    Studiowałem dziennikarstwo i to ono trochę wyciągnęło mnie na prostą, otworzyło nowe perspektywy. Wymyśliłem sobie wtedy, że będę jeździł po świecie i o tym świecie pisał. Plan był dobry, tylko że po opłaceniu stancji i jedzenia, w kieszeni zostawał mi złoty dwadzieścia. Akurat na bilet ZTM, na którym można było dojechać na pętlę na Bemowie i z powrotem.

    I tu zrozumiałem, że…

    W życiu człowieka jednak ważne są pieniądze

    Skończyłem studia, załapałem się na krótko do redakcji Rzeczpospolitej, na nieco dłużej do Przekroju i na całkiem długo do spółek skarbu państwa, z których w kolejnych latach cztery razy próbowałem odejść i cztery razy dostawałem taką podwyżkę, że jednak za każdym razem zostawałem. Chrzanić ambicję.

    W końcu jednak poczułem wyczekiwane ukłucie dumy, po którym dotarły do mnie dwie rzeczy: że pieniądz może wszystko i że na etacie wyżej już nie zajdę. Zacząłem więc szukać sposobu na zarabianie pieniędzy, który byłby bardziej skalowalny niż praca dla kogoś w wymiarze czterdziestu godzin, pięć dni w tygodniu.

    Poza tym miałem dosyć przełożonych, dosyć odpowiedzialności za rzeczy, nad którymi nie posiadałem kontroli, dosyć projektów, w które nie wierzyłem i dosyć poczucia, że pracuję dla kogoś, a nie dla siebie.

    Gdzie zatem skierowałem swoje kolejne kroki? Na giełdę oczywiście.

    No bo zastanówmy się przez chwilę – jakie inne miejsce jest na tyle liberalne i demokratyczne, żeby dopuścić do siebie dosłownie każdego? Nawet bez doświadczenia, bez znajomości, bez odpowiedniego CV i… bez pieniędzy?

    Brak pieniędzy faktycznie może wydawać się problemem. Ja uznałem jednak, że na tym etapie wcale ich nie potrzebuję. Moim celem nie było zbicie fortuny, tylko zrozumienie mechanizmów giełdy. Miałem pewność, że jak będę dobry w tym, co robię, to pieniądze same mnie znajdą.

    Kilka lat spędziłem więc ucząc się, czytając, testując, sprawdzając, zdobywając wiedzę i doświadczenie, popełniając błędy, poprawiając te błędy, ucząc się ponownie, czytając jeszcze więcej i coraz bardziej rozumiejąc, na czym ta cała giełda polega.

    W końcu nabrałem pewności siebie, rzuciłem etat i założyłem własną działalność consultingową, w ramach której uczyłem innych tego, czego sam się w międzyczasie dowiadywałem o giełdzie, biznesie i inwestowaniu.

    Cały czas problemem było jednak zgromadzenie jakiegokolwiek większego majątku, którym mógłbym zarządzać. Bogato urodzony to ja nie byłem, przez co nie miałem też bogatych znajomych, ani nie obracałem się w bogatych kręgach.

    W którymś momencie przyszło oświecenie – przecież świat nie kończy się na Polsce. Ruszyłem zatem z biznesem tam, gdzie – jak uważałem – znajdują się prawdziwe pieniądze.

    Tak powstała moja pierwsza spółka doradcza w Dubaju, w ramach której pomagałem przeprowadzać optymalizację podatkową dla europejskich przedsiębiorstw. Działalność mało seksowna, ale pozwoliła na dotarcie do osób mających pieniądze. Potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie.

    Założyłem drugą spółkę w Londynie. Stworzyłem fundusz zamknięty w Hongkongu. Ruszyłem z venture capital w USA i w końcu uruchomiłem hedge fund w Luksemburgu.

    I wtedy przyszedł kryzys,
    taki personalny

    Przez lata pracując nad własnym majątkiem i pomagając te majątki budować innym, dotarłem w okolicę czterdziestego roku życia, gdzie zacząłem zdawać sobie sprawę, że to wszystko ma dla mnie coraz mniejsze znaczenie.

    Żeby było jasne – nie chcę przez to powiedzieć, że latanie biznes klasą i spanie w Shangri-La nagle straciło urok, a ja sam postanowiłem pozbyć się wszystkich zegarków i zamieszkać w indyjskim aśramie.

    To nie tak. Dalej lubię wygodne życie, poczucie komfortu i bezpieczeństwa, które zapewniają pieniądze. Dalej lubię pracować z ludźmi i pomagać im budować ich własne success story. Dalej lubię prowadzić biznes i wyszukiwać najlepsze okazje do inwestycji. Dalej lubię uczyć, pisać, nagrywać i tworzyć coś z niczego.

    Chodzi tylko o to, że zacząłem dostrzegać w tym wszystkim coraz mniejszą role twardej akademickiej wiedzy i sztywnych zasad, a coraz większą rolę relatywizmu, psychologii, relacji międzyludzkich, zdolności do adaptowania się do zmiennego otoczenia i wykorzystywania potęgi swojego umysłu do podejmowania optymalnych decyzji. Nie tylko zresztą z punktu widzenia biznesowego, ale przede wszystkim z punktu widzenia własnego poczucia szczęścia i dobrego samopoczucia.

    Bo to chyba jest ten najwyższy unikalny cel, do którego wszyscy zmierzamy – chcemy czuć się dobrze i być szczęśliwi, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało. Pieniądze są tylko jednym z elementów całej układanki. Im starszy jestem, tym więcej uwagi zaczynam przywiązywać do pozostałych jej części.

    I tą właśnie drogą, drogą do poszukiwań pozostałych części nie tylko biznesowej, ale też życiowej układanki, chciałbym dzielić się w kolejnych artykułach na mojej stronie i w podcaście na YouTube.